hard

Chociaż jeszcze rok temu się na to nie zanosiło, to Gdańsk doczekał się wreszcie kultowego Hard Rock Cafe. Kilka dni przed oficjalnym otwarciem miałem okazję wypróbować HRC w akcji i przy okazji zadebiutować z pierwszą recenzją knajpy do działu „Gastrofaza”. Podobny cykl miałem przyjemność współtworzyć w poprzedniej pracy, a na Oh My Deer chcę go niejako kontynuować.

Zaczęło się nietypowo, bo od… akcji na Facebooku. Grupa kilkuset, a później nawet kilku tysięcy osób głośno domagała się, by kultowa sieć otworzyła swój lokal w Gdańsku. Wydawało się to wbrew logice, bo w Europie sieć bardzo rzadko decyduje się na więcej niż dwa lokale w jednym kraju – tak jest m.in. w Anglii. A jednak, głos ludu został wysłuchany i we wrześniu zeszłego roku ogłoszono, że w przy Długim Targu powstanie Hard Rock Cafe.

– Pozwolę sobie zacytować słowa piosenki: „tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco”. To miejsce jest prestiżowe i wyjątkowe, więc nie mogła tu powstać byle jaka restauracja – mówił mi blisko rok temu Mateusz Kusznierewicz, prezes Fundacji Gdańskiej, do której należy lokal.

I trudno się z nim nie zgodzić, wówczas dwupiętrowy lokal był w opłakanym stanie. Gdy do niego wszedłem, bałem się, że zaraz strop osypie mi się na głowę. W tym większy zachwyt wprawił mnie HRC, gdy (dzięki uprzejmości gdańskiego oddziału) miałem okazję obejrzeć go od środka dzień przed premierą. Obejrzeć to jedno, a spróbować to drugie. Jednak zacznę od samego lokalu. Wiadomo, że najważniejszym elementem każdego oddziału są rockowe pamiątki. Spodziewałem się, że do Gdańska trafi jakaś perełka na zachętę, ale rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Na ścianach zobaczyłem bowiem nie tylko kurtkę Micka Jaggera, o której mówiło się już wcześniej, ale także takie perełki jak ramoneska Sida Viciousa z Sex Pistols, bandanka Elvisa Presleya czy coś dla mnie „wyjątkowo wyjątkowego” – koszula Morrisseya, którego muzykę (w The Smiths i solowo) totalnie ubóstwiam. Co jeszcze zobaczycie w HRC w Gdańsku? Bezrękawnik Bruce’a Springsteena, gitarę Gene Simmonsa z Kiss czy sukienki… Lady Gagi i Shakiry. Ta ostatnia ponoć sama poprosiła o to, by jej pamiątka pojawiła się w Gdańsku, do którego czuje duży sentyment.

Oczywiście pamiątki to jedno, a drugie to jedzenie! Wiadomo, sieć słynie z typowo amerykańskiej kuchni – z burgerami na czele. Do dyspozycji mieliśmy menu degustacyjne, więc wybór był ograniczony, ale gdyby obowiązywała pełna karta, to… wybrałbym to samo. Quesadilla pierwsza klasa, dobre mięso wołowe, co w połączeniu z pysznym sosem dało fajny efekt smakowy. Najważniejszy był oczywiście burger. Padło na Hickory BBQ Bacon Cheeseburger i śmiało mogę powiedzieć, że był to jeden z lepszych burgerów, jakie jadłem. Dodatki i bułka niczym nie przewyższyły mojego ukochanego Surf Burgera i BRGR.CO z Londynu, ale mięso było po prostu genialne – nie dość, że przepyszne, to jeszcze całkiem spore. Jednym słowem – warto było! Równie smaczne (podobno) były sałatki, co do innych dań niestety nie mam porównania.

Do HRC pewnie często zaglądał nie będę, ale ze względu na „kultowość” tego miejsca czasem warto wydać kilka złotych więcej i zjeść burgera spoglądając na ramoneskę Sida Viciousa. Jest jeszcze jeden plus, wreszcie powstała porządna knajpa przy Długim Targu. Czemu nigdy nie odwiedziłem Hard Rocka w Warszawie, Krakowie czy innym europejskim kraju, chociaż mijałem go setki razy? Nie mam pojęcia, chyba uważałem go za przereklamowanego. Nic bardziej mylnego, przynajmniej podczas prapremiery – dali radę.

Na koniec garść zdjęć z gdańskiego Hard Rock Cafe – wybaczcie średnią jakość, to tylko telefon.asd